61. ...gdzie wkrótce stanęły nasze namioty przy zachodzącym słońcu.

12-15 Sierpnia 2017 – Dzikimi górami Godeanu – Rumunia

Dzikimi górami Godeanu

Tegoroczny przedłużony weekend sierpniowy spędziliśmy w rumuńskich Karpatach Południowych. Za cel obraliśmy sobie mało znany masyw górski leżący na południowy zachód od Retezatu – góry Godeanu. Wyruszaliśmy z końca doliny potoku Jiul de Vest szlakiem czerwonych trójkątów, który w około dwie i pół godziny wyprowadził nas na jeden z ostatnich szczytów Małego Retezatu – Piatra Iorgovanului (2014). Na podejściu ciągle spotykaliśmy zbiegających zawodników. Trwały bowiem zawody w biegach górskich. Wyżej piętra lasu mogliśmy cieszyć oczy widokiem sąsiednich grzbietów Małego Retezatu i gór Valcan na południu. Była też okazja podziwiać rzadkie okazy flory górskiej m.in. szarotki alpejskiej. Wyżej w partii szczytowej mogliśmy się uwiecznić na fantazyjnych skałach z widokiem na najwyższe szczyty Retezatu. Na grani weszliśmy na szlak czerwonych pasków, którym ruszyliśmy w kierunku zachodnim. Po pokonaniu wysokiej przełęczy i trawersie Stanuletii Mari ujrzeliśmy rozległą przełęcz Paltinę, która jest granicą gór Godeanu. Tu mieliśmy nadzieję znaleźć wodę, ale źródło wyschło, a w stawku poniżej było tylko trochę czerwonawego mułu. Była zaledwie trzecia po południu, więc ruszyliśmy w głąb gór Godeanu w stronę kolejnej przełęczy usytuowanej pod trzema szczytami z zaznaczonym źródłem i potoczkiem. Na szczęście tablica na przełęczy Paltina informowała, że szlak czerwonych pasków będzie prowadził granią gór Godeanu do końca przez 14 godzin. My zamierzaliśmy przejść nim zaledwie połowę i zejść bocznym grzbietem przez Morarul (2279) i Gugu (2290) na północ nad zalew Lacul Gura Apelor na granicy gór Retezat, Godeanu i Tarcu. Podchodziliśmy w górę ogromną trawiastą przestrzenią tak różną od sąsiedniego najeżonego skałami grzbietu Małego Retezatu. Z zachodnich stoków Paltiny ujrzeliśmy szerokie siodło między szczytami Scurtul, Gardomanul i Galbeną z wąziutką nitką potoku błyszczącą w słońcu. Byliśmy uratowani. Schodząc widzieliśmy spore stado osłów pasących się na stokach Scurtula i ogromne stado owiec zdążających w naszą stronę. Zamieniliśmy kilka grzecznościowych pozdrowień z trójką pasterzy i na skarpie nad potokiem ujrzeliśmy pierwsze rozbite namioty czoła naszej grupy. Nie można było sobie wymarzyć lepszego miejsca na obóz. Trzeba było tylko znaleźć kawałek płaskiego terenu. Wieczorem posiedzieliśmy między namiotami wymieniając wrażenia po przebytym dniu. Po udaniu się na spoczynek zaczęło padać i niewielkie opady utrzymały się do rana. Rankiem przestało, więc spokojnie przygotowaliśmy posiłek i zwinęliśmy obóz. Grzbiet był początkowo odkryty i pełen widoków, ale podchodzące z dolin mgły zaczęły go otulać. Dobrze, że szlak grzbietowy był gęsto i dobrze oznakowany, bo mielibyśmy kłopoty z orientacją. Od czasu do czasu coś się odsłoniło np. staw pod Scarişoarą czy widoki na południe na jezioro Iovanul. Czoło popędziło do przodu, bo chciało jeszcze wejść na szczyt Godeanu (2229), od którego imienia wzięło nazwę całe pasmo, a który jest jakąś godzinę za zwornikiem z grzbietem odchodzącym na północ, którym planowaliśmy schodzić. My, idący z tyłu, próbowaliśmy namierzyć ten zwornik. Kiedy byliśmy prawie pewni, nadeszło nasze czoło informując, że od Godeanu dzieli nas ledwie pół godziny a nie godzina. Wróciliśmy do miejsca, które nam najbardziej pasowało i przy pomocy kompasu wyznaczyliśmy kierunek zejścia. Gdyby było cokolwiek widać nie byłoby najmniejszych problemów, bo to potężny grzbiet z najwyższym szczytem tych gór – Gugu (2291). Ostatecznie udało się natrafić na grań grzbietową odchodzącą ku północy i zejść nią trawersując kulminacje. Późnym popołudniem doszliśmy do wniosku, że trzeba zejść na zachodnią stronę pasma w dół, znaleźć wodę i rozbić się. Stosunkowo łagodnym żlebem zeszliśmy kilkaset metrów w dół i wychynęliśmy w dolinę bez mgły, pełną słońca z potokiem spływającym z gór i staną pasterską na stoku. Rozbiliśmy się na wysokim brzegu nad potokiem, ale teren nie był płaski, więc spało się kiepsko, bo zjeżdżaliśmy na siebie lub ściany namiotu. Kiedy słonecznym rankiem udałam się razem z Ryszardem, naszym specem od rumuńskiego do stany, okazało się, że jesteśmy dokładnie pod Gugu, którego skalny wierzchołek srebrzył się na tle nieba. Część osób chciała koniecznie na niego wejść, więc podzieliliśmy się na dwie grupy. Po zwinięciu namiotów i spakowaniu się14 osób pod wodzą Marka ruszyło w górę na Gugu i mieli zejść drogą grzbietową, do której nasza reszta (11 osób) miała dojść trawersem zboczy. Ostatecznie nie spotkaliśmy się i każda grupa zeszła do zapory nad zalewem, gdzie czekał autokar, osobno, ale prawie równocześnie. My schodziliśmy ścieżką trawersującą zbocza bez problemów do ostatniej stany na granicy lasu. Stana była w ruinie i ścieżka nagle znikła, więc ostrym leśnym stokiem zeszliśmy nad potok Şes, ze ścieżką wzdłuż potoku. Tyle tylko, że ścieżka biegła raz jednym to znów drugim brzegiem, a w potoku było wody do połowy łydki. Dwa razy ściągnęliśmy buty i przeszliśmy na bosaka, ale gdy po kilkuset metrach znów trzeba było przekroczyć wodę nikt się już nie bawił tylko dzielnie sforsował potok w ubraniu, zresztą nie ostatni raz. W końcu doszliśmy do wyraźnej drogi, a trójka rumuńskich wędkarzy poinformowała nas, że do zapory zostało jeszcze 15 km. Musiało być mniej, bo zeszliśmy w niecałe 2,5 godziny prawie równo z grupą Marka. Oni z kolei schodzili wygodną ścieżką wschodnią stroną pasma, ale w końcówce musieli obejść pół zalewu. Autokarem zjechaliśmy do Cabany Gura Zlata, gdzie spali kierowcy i gdzie my mogliśmy spędzić ostatnią noc w łóżku. Późnym wieczorem zaprosiłam wszystkich na moje imieniny, gdzie serwowałam specjały własnej roboty: smalec domowy, ogórki małosolne, rydze marynowane i nalewki. O północy udaliśmy się na spoczynek, by o 7.00 ruszyć w powrotną drogę. Na trasie przejazdu stanęliśmy w stolicy Banatu – Timişoarze, zwanej Małym Wiedniem a pamiętnej z wydarzeń grudnia 1989 r., które doprowadziły do upadku reżimu Ceauşescu. Do domu wróciliśmy przed północą szczęśliwi, że było nam dane ujrzeć nieznane szerzej góry z ogromnymi trawiastymi przestrzeniami i dzikimi miejscami prawie pozbawione turystów (jeden Rumun na szczycie Godeanu). Taką przygodę warto by powtórzyć.

 

Autorzy zdjęć: Marek Bednarz, Dorota Białogłowicz, Witek Charzewski, Ania Dziedzic, Janek Fastnacht, Jarek Jajuga, Aldona Ziobro i Majka

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.