56. ...które najobficiej kwitły na stokach Dancesza.

15-18 Czerwca 2017 – Czarnohorą w różanecznikach – Ukraina

Czarnohorą w różanecznikach

Na tegoroczny długi weekend czerwcowy wybraliśmy Czarnohorę, bo ruszyły prace remontowe przy przedwojennym, polskim obserwatorium astronomicznym na Popie Iwanie i chcieliśmy to zobaczyć. W trzy dni planowaliśmy przejść całe pasmo z północnego zachodu na południowy wschód. Ruszyliśmy na granicy Jasini i Kwasów zielonym szlakiem, który w 2,5 godziny miał nas wyprowadzić na Połoninę Szesa u podnóża Pietrosa. Szliśmy dawnym pasterskim płajem w otoczeniu łąk kwitnących kukułkami, goździkami, zerwami i pełnikami, mijając nieliczne rozrzucone domostwa. Po osiągnięciu lasu droga zaczęła ostrzej piąć się w górę, więc grupa się rozciągnęła. W pewnej chwili dołączyła do nas idących przy końcu rodzina huculska, która też zdążała na Szesę z prowiantem dla pasterzy, ale szybko nas wyprzedzili, a my dłuższą chwilę towarzyszyliśmy furce ciągnionej przez kobyłkę ze źrebaczkiem. Na połoninie skręcili do pierwszej staji przy lesie, a my przecięliśmy ją po przekątnej dochodząc do niebieskiego szlaku, gdzie czekał środek naszej grupy. Aktywne, przeszło 20-osobowe czoło, pobiegło już na Pietrosa, gdzie pozostawało jeszcze ponad 3 godziny podejścia. Wkrótce wyruszył środek a końcowa czwórka siedziała jeszcze ponad pół godziny nie będąc pewna czy to wszyscy. Początek podejścia stanowił leśny trawers, po którym zaczęło się ostrzejsze wspinanie najpierw stokiem porosłym jałowcem i kosówką, potem kwitnącymi różanecznikami i łąkami. Wyżej, na skałach podszczytowych dostrzegliśmy naszych z czoła. Wtedy okazało się, że na Szesę dotarło dwóch naszych panów mocno spóźnionych, którym poradziliśmy rozbić się na połoninie, zejść niebieskim do Jasini, przejechać z kierowcą do Kraśnika i wyjść nam naprzeciw z Koszaryszcza, bo na pokonanie Pietrosa tego dnia nie starczało już czasu. Nasza czwórka niebawem stanęła na szczycie, krótki deszcz przeczekała w kapliczce i rozpoczęła karkołomne zejście na przełęcz Kakaradza, gdzie mieliśmy wielką ochotę się rozbić, bo byliśmy okrutnie zmęczeni. Zwyciężyło pragnienie dotarcia do swoich, więc ruszyliśmy trawersem i koło 21-ej zameldowaliśmy się na Peremyczce, gdzie czekała podłoga w ośrodku edukacyjnym Parku Narodowego Czarnohory. Nazajutrz po wspólnym śniadaniu i spakowaniu się rozpoczęliśmy podejście na Howerlę. Na najwyższym szczycie Ukrainy (2061m n.p.m.) stanęliśmy w półtorej godziny, spotykając liczne grupy młodzieży ukraińskiej. Każda z nich z ręką na sercu odśpiewywała hymn. Wobec sytuacji politycznej na wschodzie kraju było w tym coś podniosłego. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy głównym grzbietem pasma w kierunku południowo-wschodnim zaliczając lub trawersując kolejne szczyty: Breskuła, Pożyżewską, Dancesza. Stoki tego ostatniego najmocniej różowiły się kwitnącym różanecznikiem. Przystawaliśmy często dla odpoczynku, pięknej pogody i napawania się widokami. Szczyt Turkuła ominęliśmy trawersem z widokiem na Jezioro Niesamowite w dole. Po krótkim odpoczynku w niecce grzbietu rozpoczęliśmy podejście na Rebrę i na wysoką przełęcz pod Guten Tomnatykiem, skąd ujrzeliśmy oświetlonego popołudniowym słońcem Popa Iwana z zabudowaniami na szczycie. Czwórka naszych panów korzystając z dobrej pogody postanowiła dotrzeć na niego jeszcze tego dnia (ok.10 km), reszta zeszła w dół nad Jezioro Tomnackie, gdzie wkrótce stanęły nasze namioty. Nie wszyscy jednak zdążyli przygotować gorący posiłek, bo nadciągnęły chmury i zaczęło padać. Ukryliśmy się w namiotach, a ulewa i nawałnica trwały do rana. Rankiem deszcz ustał na godzinę co pozwoliło większości spakować się i ruszyć w trasę. Na widoki nie można było tego dnia liczyć. Strugi deszczu i mgła towarzyszyły nam nieprzerwanie. Za Munczelem ujrzeliśmy przez moment kotły w dole, a nasze 11-osobowe czoło, które było akurat na zworniku pod Popem Iwanem, zdecydowało się na niego wejść. Na szczycie zastali sporo oficjeli ukraińsko-polskiej delegacji z naszym premierem Glińskim oraz sporą grupą naukowców-astronomów uniwersytetów z Warszawy i Iwano-Frankowska. Nasi konstruktorzy i architekci nanosili ostatnie poprawki na plany budynku obserwatorium. Kiedy końcówka grupy dotarła do zwornika rozszalała się taka nawałnica, że myśleliśmy już tylko o tym żeby jak najszybciej zejść z grzbietu. Korzystając z żółtego łącznika i niebieskiego szlaku przez Uchaty Kamień zeszliśmy do Dzembroni przystając tylko na chwilę w staji pod Smotrecem na zakup bundzu. Ostatnią noc wszyscy spędziliśmy pod dachem: 10 osób zatrzymało się u Paraski, 19 u Kijowian Nadi i Igora w Dzembroni a 6 panów w chacie „U Kuby” na Koszaryszczu. W niedzielę z centrum Dzembroni ruszyliśmy w powrotną drogę. Na gorący posiłek stanęliśmy w zajeździe „Na 612 kilometrze” za Stryjem a po 16-tej dotarliśmy do granicy, gdzie zrobiliśmy zakupy. Niestety wobec ogromu autobusów kursowych do miast zachodniej Polski przekroczyliśmy ją dopiero po 7,5 godzinach.

 

Autorzy zdjęć: Konrad Fąfara, Gosia Jachym, Ewa Łukaszewska, Ryszard Sitarski, Wiesław Wołowiec i Majka

 

Dodaj komentarz